Środa, dwudziesty dziewiąty grudnia, dwudziesta czterdzieści sześć.
Do końca roku pozostały dwa dni. Nie cieszę się na nie specjalnie, nadchodzący rok będzie zapewne tą samą historią, co ten. Może bez tak wielkiej ilości katastrof, choć wnerwianie Polski idzie cholernie do przodu. Skończyłam oglądać AVATAR, skusiłam się nawet na Na Wspólnej. Generalnie wybrzydzam w serialach, ale nudzi mi się tak bardzo, że nie wytrzymuję. Kolejny zepsuty dzień: może i nie obudziłam się lewą nogą, ale zmęczona i na wpół żywa. Zdążyłam nakrzyczeć na wszystkich, których miałam blisko siebie. Koszmar. Początkowymi planami mojej mamy były jutrzejsze zakupy w Sączu, później zmieniła Sącz na Kraków w piątek, co nawet mnie ucieszyło. Później Kraków przełożyła na jutro, a później okazało się, że nie pojedziemy nigdzie, oprócz małego miasteczka, kupimy buty narciarskie: taa, a w Sylwestra rano pojedziemy na wyciąg. Mam dość wszystkiego. Wiem, że nie kupię ani butów, ani kijków. Z powodu ostatniej śmierci na stoku spowodowanej zderzeniem się dwóch narciarzy, zapewne zjazd nie będzie kolorowy. Miejmy nadzieję, że nowy rok przyniesie ze sobą odrobinę weny twórczej i fantazji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz